Jestem na Facebooku

Orlen Warsaw Marathon. Było tylko fajnie



Bieg na 10 km podczas Orlen Warsaw Marathon zaplanowałem już jakiś czas temu. Może dlatego długi czas oczekiwania sprawił, że nie czułem jakiejś większej ekscytacji. Jasne, było fajnie jak zawsze, była radość że znów spotkam świetnych ludzi i znów będę walczył ze sobą by dobiec do mety i odebrać zasłużoną nagrodę. Ale szału nie było. Może to efekt ukończonego nie tak dawno półmaratonu? Jak już się pokonało dystans 21 km, to "dycha" nie robi takiego wrażenia? Nie wiem. Brakowało mi "tego czegoś". 

Zaczęło się niesamowicie sympatycznie, czyli od sobotniego spotkania drużyny ASICS Frontrunner Polska na stoisku ASICS podczas Expo. Szybkie odebranie pakietów, wiele rozmów o bieganiu i wiele pamiątkowych zdjęć. 



W sobotę było dość gorąco i duszno, w rozmowach z wieloma biegaczami często przewijały się obawy właśnie o pogodę. 
Niedzielny poranek to już całkiem inna rzeczywistość. Pochmurno, z pokropującym deszczem i na szczęście sporo chłodniej. Przynajmniej dla mnie, była to pogoda o wiele lepsza od sobotniego upału. 

Miasteczko zorganizowane było bardzo sprawnie i dzieki temu bardzo szybko mogliśmy udać się na start. W moim biegu na 10 km wystartować miało ok. 13 tysięcy uczestników i taką ilość było czuć w strefach startowych. Było dość ciasno. Ja miałem trochę szczęścia, bo moja strefa startowa ulokowana była centralnie pod mostem, dzięki czemu 30 minut oczekiwania na start spędziłem osłoniony od deszczu. 

Start! Punktualnie o 9:30 ruszyła pierwsza grupa zawodników. My również powoli ruszyliśmy w kierunku linii startu. Miałem wrażenie, że uczestników maratonu było jakby trochę mniej, niż równoległego Biegu OSHEE 10 km. Nijak więc nie pasowała mi liczba 40 tysięcy biegaczy podawana przez konferansjera. Chyba ktoś tu się przeliczył...

Ruszyliśmy. Z powodu sporej ciasnoty na starcie, pierwsze kilkaset metrów pokonaliśmy bardziej szurając po asfalcie niż biegnąc. Nie to, żebym narzekał, mnie akurat taki obrót sytuacji bardzo pasował. Zawsze miałem odwrotny problem, że ludzie na początku narzucali ostre tempo, a ja nie umiałem utrzymywać swojego i w rezultacie szybko "puchłem" i zaczynały się kłopoty. Tutaj mogłem się powoli rozkręcać.

Fajnie nam się biegło powolutku, gdy trochę zamieszania postanowiły wprowadzić paniusie z wózkami. Ewidentnie zdenerwowane zbyt wolnym tempem biegu, zaczęły się przepychać do przodu krzycząc na kolejnych mijanych biegaczy: uwaga wózek!! Nie pierwszy raz widziałem wózki na tego typu większych biegach, ale pierwszy raz widziałem jak panie z wózkami taranują biegaczy. Bo oczywiście paniusie biegnąc musiały ze sobą plotkować, więc wózki nie jechały jeden za drugim, ale obok siebie. Myślę, że trzeba się zastanowić, czy nie lepiej byłoby utworzyć osobnej kategorii - biegaczy z wózkami, i puszczać ich wcześniej, tak jak handbike?

W sumie na tym emocje się skończyły. Na trasie spotkałem jeszcze kilku znajomych i chwilę sobie pogadaliśmy. Chyba ze względu na pogodę, kibiców przy trasie praktycznie nie było. Na Krakowskim Przedmieściu pusto. A pamiętam ilu kibiców potrafił tam przyciągnąć choćby bieg Powstania Warszawskiego, a nawet niedawny Półmaraton Warszawski, który przecież przebiegł przez sporą część trasy tymi samymi ulicami co Bieg OSHEE 10 km. Było więc szaro, pochmurno i zwyczajnie w świecie nudno.

Sama trasa była raczej szybka i sprzyjała uzyskaniu dobrego czasu, tak jak mój brat, który znów poprawił rekord życiowy, tym razem  10 km pokonał w 38:45. Dulnik Biega  w tym roku poprawił już życiówki na 5km, 10km, 15km, 21,097km i 42,195 km! Gratulacje braciszku!  Ja skupiłem się nad tym, by dobiec do mety w limicie czasu czyli 1h:40 min i udało się. Oficjalny czas to 1:19:57.

 
Co do samej imprezy. Orlen Warsaw Marathon promowany był jako Narodowe Święto Biegania. Czy tak było w rzeczywistości? Moim zdaniem nie. Do atmosfery święta wiele brakowało. Oczywiście tak jak pisałem wcześniej, samej organizacji nie można nic zarzucić. Była na 5+! Nie ma się do czego przyczepić, bo impreza zorganizowana została chyba na światowym poziomie. Ale brakowało jednak tej atmosfery. Brakowało kibiców. A i uczestników też chyba w końcu zabrakło, skoro z anonsowanych blisko 40 tyś. na starcie stanęło tak myślę, ok. 20 tyś. Było fajnie, ale jednak zwyczajnie. A to trochę za mało jak na Narodowe Święto Biegania.

To jest oczywiście tylko moje zdanie :) A wszystkim, którzy dotarli do mety i tak należą się wielkie gratulacje! Zwłaszcza maratończykom. Wszyscy jesteście wielcy!!  


Fotka z naszym Mistrzem - Yaredem Shegumo :)



Orlen Warsaw Marathon. Było tylko fajnie Orlen Warsaw Marathon. Było tylko fajnie Reviewed by Grzegorz Dulnik on 4/26/2015 Rating: 5

9 komentarzy:

  1. Tak trzymaj Grzesiu! Bez napinki i do przodu! Ps. OWM wystawiam wysoką ocenę, jak na polskie warunki organizacja tej imprezy jest po prostu doskonała. Nie czepiałbym się też aż tak bardzo tej frekwencji, OWM liczy wszystkich - biegaczy, rolkarzy, dzieci itd. i może faktycznie tylu do kupy się zebrało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, ja się frekwencji nie czepiam. Zdziwiło mnie tylko gdy usłyszałem o 40 tyś i tyle. Jeśli było mniej to też nie narzekam, bo i tak już było przy starcie dość ciasno, co dopiero gdyby było jeszcze wiecej uczestników... A ocenę OWM też wystawiam celującą.

      Usuń
  2. Po pierwsze - gratulacje! Po drugie - też:)
    Co do ilości - myslę, że te 40 to razem z uczestnikami sobotnich imprez. Cóż, pytanie "to ile km ma ten maraton" wydaje się coraz bardziej zasadne...A co do atmosfery - pobiegałam trochę w kraju i po swiecie i nie zgodzę się, że było zwyczajnie. Było ponadprzeciętnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki Agnieszko! Być może tylko mnie nie poniosła euforia :) Najważniejsze, że świetnie się bawiłaś i mam tylko nadzieję, że tego pytania "ile km ma ten maraton" nie zadawałaś w kontekście mojego startu :)

      Usuń
    2. Hehe, nie; tak jak Ty biegłam dychę:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń

Dzięki za komentarz! :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.