Jestem na Facebooku

21 twarzy Greya, czyli jak ukończyłem Półmaraton Warszawski

Godzina 4:20. Noc z niedzieli na poniedziałek. Niby śpię, lecz właśnie zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu we śnie analizuję to co wydarzyło się wczoraj w południe. 10 Półmaraton Warszawski.  Dla mnie pierwszy.
No dobra, już wstaję i opisuję jak było :)


Szczerze mówiąc, długo biłem się z myślami czy w ogóle wystartować. Raz podejmowałem decyzję że niech się dzieje co chce, a ja biegnę, by za kilka dni mówić - nie będę się z siebie robił wariata i człapał przez 21,097 km. Bo to że będę człapał, to akurat było wiadomo od samego początku. Dodatkowo, praktycznie przez cały ostatni tydzień miałem kłopoty z żołądkiem. Ostateczną decyzję na TAK, podjąłem po sobotniej wizycie w Biurze Zawodów i EXPO.
Na Stadion Narodowy gdzie mieściło się Biuro Zawodów udałem się spacerkiem. Klimat wielkiego biegowego święta udzielał się już przy samym wejściu. Pierwsze co zobaczyłem, to spory tłumek przyglądający się wyświetlanej na wielkim monitorze trasie Półmaratonu Warszawskiego. Założę się, że część z tych osób właśnie ustalała taktykę biegu :) Po chwili na ekranie ukazała się miła niespodzianka, bowiem w filmie opowiadającym o poprzednich edycjach Półmaratonu Warszawskiego znalazło się ujęcie zaprzyjaźnionego Rembertów Team, jak zawsze z nieodłącznym banerem :)  Na miejscu spotkałem brata Marcina, z którym wspólnie zwiedzaliśmy EXPO,  w szczególności stoisko naszych przyjaciół z ASICS.

Załoga ASICS w komplecie :)

Czas minął szybko i przyjemnie na rozmowach z kolejnymi napotkanymi znajomymi. Nieodłącznym elementem tych rozmów były życzenia powodzenia na trasie półmaratonu. Powrotny spacerek do domu i przed 22:00 leżałem w łóżku. Zmiana czasu na letni i przesunięcie wskazówek zegara do przodu zabrało godzinę snu. Budzik zadzwonił o 6:00.   
Pierwsze co zrobiłem po przebudzeniu to sprawdziłem jaka jest pogoda. Ta, zapowiadała się rewelacyjnie. Na śniadanie ciastka z pakietu startowego i kawa. Szybko się spakowałem i mogłem ruszać ku przeznaczeniu. ( trochę dramaturgii nie zaszkodzi :) )
Miejscem zbiórki, gdzie umówiłem się z przyjaciółmi z Rembertów Team była fontanna w Parku Saskim. Tam spotkałem Mariusza z bloga "Na ostatniej prostej", za chwilę dołączyły dziewczyny: Magda - Lena Biega, Natalia z "RFF Run Fit Fun" oraz  zwariowana, szalona i kochana Wiolka-Fiolka czyli "Fiolka Biega - biegowy lifestyle" . Po chwili z tłumu wyłoniła się duża i długa broda, za nią jej właściciel czyli Maciej, a na końcu baner Rembertów Team. Pozostała część teamu podążała za nimi. 
Broda, Maciej, Baner i reszta Rembertów Teamu :)

Do startu pozostała jeszcze godzinka więc udaliśmy się na króki rekonesans strefy mety. Cieszę się, że poszliśmy tam przed startem. Widok ostatnich metrów i budowanej jeszcze mety dodatkowo mnie zmotywował. Ja tam chciałem dobiec! Chciałem finiszować na tej mecie!
na trasie myślałem tylko o Niej

Powrót pod fontannę gdzie zrobiliśmy sobie tradycyjne już, pamiątkowe zdjęcie z banerem (może znów nas umieszczą w jakimś filmiku?!), przebraliśmy się, i do depozytu. W drodze do depozytu Ania pyta się czy porządnie umocowaliśmy czipa na bucie. Cholera....tak coś czułem że o czymś zapomniałem... Czip spacerował sobie w plecaku, całe szczęście że nie oddałem depozytu. Szczęście, że nie pobiegłem bez niego! :)
tradycyjna fotka z banerem

Dochodziła 10:00 więc ustawiliśmy się na starcie, w zielonej strefie. Tam spotkałem się z Dorotką (fajnie było znów razem wystartować!). Trochę się bałem, że znów postoimy ze 45 minut (jak na Biegu Niepodległości) zanim miniemy linię staru. O dziwo 13 tysięcy biegaczy poruszało się żwawo ( żwawo?! super słowo :) ) do przodu i o 10:10 byliśmy już na trasie.

Pierwsze metry rewelacja! Mnóstwo kibiców, głośna energetyczna muzyka, tłum szczęśliwych zawodników. Dla mnie było to co prawda trochę dziwne, no bo z czego tu się cieszyć, jak przed nami 21 km, może boleć, a z pewnością będzie ciężko? Ale co ja tam wiem... ja dopiero debiutuję przecież. Tytuł tej relacji wpadł mi do głowy już na 1 kilometrze. Wtedy śmignęła koło mnie dziewczyna, a z jej telefonu leciała piosenka "Love mi like you do" - Ellie Goulding. Już miałem tytuł! 21 twarzy Greya! (swoją nomen omen! drogą, co Wy dziewczyny macie z tym Greyem, żeby nawet na półmaratonie to nucić?!) 
Każdy z tych 21 kilometrów miał swoją, inną twarz. Przebiegał w cieniu, w słońcu, z góry i pod górę, po asfalcie i po bruku, z mnóstwem kibiców jak i w samotności w tunelu, kilometry ze zwątpieniem oraz ostatni kilometr w euforii, gdy wiesz już, że się uda. No i każdy z tych 21 kilometrów był pod nogami szary :) Każdy z tych pojedynczych kilometrów składał się w 21 kilometrową, perwersyjną jak Grey, całość. 
O tym, że to będzie właśnie perwersyjna przyjemność przekonałem się już przed wiaduktem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem znajome uczucie. Piszczele. No tak to my się nie bedziemy bawić... Przeszedłem więc do marszu. Sorry wszyscy! Wiem, że pewnie Was to wkurza, gdy gość biegnący przed Wami w tłumie, staje i zaczyna iść. Nie ma go jak wyminąć. Przepchnąć też trudno, bo ciężki. Ale ja bym się nie zatrzymywał gdybym nie miał powodu... Z doświadczenia wiedziałem już, że jak pozwolę aby piszczele mnie zaczęły napieprzać po całości, to będzie Game Over. Pozamiatane będzie. Wiedziałem też, że na 5 km będzie stała...TAADAAAAAM! Wc Chatka! Myślę sobie, tylko tam dotrzeć w miarę spokojnie, 5 minut siedzenia powinno pomóc. Jest na sali lekarz?! Nie wiem co ja mam, że piszczele bolą, ale gdy posiedzę z 5 minut, pokiwam nogami, to ból przechodzi i mogę dalej lecieć. Boli już na 2 km a po krótkim odpoczynku śmigam pozostałe 19 km na luzie... Bez sensu przecież.
Snuję się więc przez miasto. Na 4 km słyszę wołanie i doping znajomego głosu. Nie wierzę w to co widzę... Brat Adam leci wzdłuż trasy, drze się że dam radę, a na poparcie tych słów ma nawet przygotowane kartki z wypisanymi wielkimi literami, hasłami! Mowę mi odjęło, wzruszyłem się jak diabli, ale i kopa motywacyjnego dało mi strasznego!
Dotarłem do 5 km, tam posiadówka i z budki wyszedłem już bez bólu piszczeli (#kiblektóreleczą). Od 5 km do 15 km był najfajnieszy czas na trasie. Nie bolało, było z górki, pogoda świetna, ludzie przy trasie również. Coś koło 9 km dowiedziałem się, że w swoim cierpieniu nie jestem sam! Studenci również (całkowicie dobrowolnie!) walczyli z połówką!

Fot. Facebook

Jak dla mnie hit wśród kibiców! :) A tych było naprawdę sporo, i bardzo sympatycznych. Jak ma się nie zrobić lżej na sercu, gdy widzisz starszą panią z pieskiem, która macha tylko do Ciebie (to luksus którego nie znają Ci z przodu :) ) i krzyczy: dajesz! dajesz! I zdajesz sobie sprawę, że przecież Ona jest tam dla Ciebie. Przecież nikt nie kazał Jej tam przyjść. Ale jest i trzyma za Ciebie kciuki. I tak leci człowiek od strefy kibicowania do strefy kibicowania a kilometry mijają. Niezbyt szybko, ale jednak mijają.
Od 15 km już było źle. Bardzo źle. Coraz rzadziej i z coraz większym bólem podrywałem się do truchtu. Więcej szedłem niż biegłem. Wyznaczałem sobie małe i krótkodystansowe cele: "za 500 metrów będzie strefa kibicowania i młode pomponiary. Trzymaj fason Grzesiek!", "jeszcze kilometr i na 18 km gra Pogotowie Energetyczne. Posłucham fajnej muzy." I tak dalej... Podbieg podszedłem. Miodowa, Krakowskie Przedmieście, sporo ludzi. To motywuje do biegu. Ciężko się biegnie po kostce brukowej gdy człowiek ledwo powłóczy nogami. Z daleka widzę już flagę z oznaczeniem 21 kilometra. I tu największe zaskoczenie jakiego doznałem na całym półmaratonie.
Umówmy sie, przeważnie kończę biegi długo długo za zwycięzcą biegu. Raz nawet zdarzyło mi się zamknąć bieg. Tu też nie byłem w czołówce. Do mety dotarłem 2 godziny po zwycięzcy... ale czułem się jakbym finiszował jako pierwszy! Wielki ukłon dla organizatorów za to co zrobili dla nas, tych kończących 10 PZU Półmaraton Warszawski. Nikt nie zwijał mety, nie było pusto i smutno, nikt nie zapomniał że są przecież i tacy, którzy dotrą do mety po 3 godzinach. Było głośno, było wesoło, był SHOW! To wycisnęło ze mnie takie emocje, że chyba musiałem głupio wyglądać... Usłyszałem tylko głos spikera: "i teraz zawodnik który walczy nie tylko ze sobą ale  i...z widocznym  wzruszeniem" :) 
DZIĘKUJĘ!!
Podsumowanie 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego

Fantastyczna impreza. Doskonale zorganizowana. Nie mieliśmy kłopotów z niczym. Gdybym miał podsumować organizację biegu jednym słowem, byłoby to słowo: UŚMIECH. Czy to pani przy odbiorze pakietów na EXPO, czy to chłopak w depozycie, czy dzieciaki na trasie podające wodę i izotoniki, czy piękne dziewczyny machające pomponami, czy osoby wieszające medal na szyi, wydające posiłek po biegu, odbierające czipa, wszyscy bez wyjątku szczerze uśmiechnięci! Nawet pogoda wspaniale dopisała.
Po raz 4 w Półmaratonie Warszawskim brał udział równiez mój brat Marcin. Dulnik Biega w tym sezonie niesamowicie szybko i w tym roku zdążył już pobić rekordy życiowe na: 5km, w Półmaratonie, Maratonie, a wczoraj ponownie ustanowił życiówkę na dystansie 21,097 km. Tym razem z czasem 01:24:49! Jestem dumny!! 
Dulnik Biega coraz szybciej!

W moim biegu w 10. PZU Półmaratonie Warszawskim nie chodziło o czas. Ten nie mógł być dobry i zdawałem sobie sprawę że będę się kręcił w okolicach limitu czasu. Marzeniem było, wogóle taki dystans ukończyć. Szczytem marzeń, zrobić to przed upływem 3 godzin. Marzenie udało się spełnić, na szczyt wejdę następnym razem :)









21 twarzy Greya, czyli jak ukończyłem Półmaraton Warszawski 21 twarzy Greya, czyli jak ukończyłem Półmaraton Warszawski Reviewed by Grzegorz Dulnik on 3/30/2015 Rating: 5

9 komentarzy:

  1. Pięknie napisana relacja, bardzo wzruszająca i prawdziwa. Tytuł bombowy! A najważniejsze - dałeś radę! Trenuj dalej! Maraton czeka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super tekst! Brawo za determinację i dotarcie do wyznaczonego celu!!! BRAWO!

    #kiblektoreleczą :))) uśmiałem się!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale Grzesiu! Brawo! Żałuję, że nie pobiegłam :-( Dużo straciłam. Ta atmosfera to było coś! Widzimy się na następnym biegu! :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale pomysl jaki bedziesz robil progres w zyciowkach, gratuluje

    OdpowiedzUsuń
  6. 'Pierwsze metry rewelacja! Mnóstwo kibiców, głośna energetyczna muzyka, tłum szczęśliwych zawodników. Dla mnie było to co prawda trochę dziwne, no bo z czego tu się cieszyć, jak przed nami 21 km" rozbawiłeś mnie tym stwierdzeniem, ja na swoim debiucie też stałam na starcie i nie wiedziałam o co chodzi i co to jest 21 km, ale jak przebiegłam to tydzien po spać nie mogłam bo mnie energia roznosiła, a usmiech z twarzy przez miesiac nie schodził :) Brawo Grzesiek! Trenuj, dzialaj i na następnej połówce łamiesz 3h! Gratulacje jeszcze raz! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. gratuluję ukończenia i bardzo ciekawej relacji:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Super relacja! Bardzo przyjemnie się czytało. Biegaj, baw się tym i startuj. Ważne, żeby radość była i wzruszenie i emocje. Cyferki też są miłe, ale to nie wszystko... Gdy na jednym biegu towarzyszyłem żonie i także byliśmy raczej bliżej końca, to miałem podobne wrażenia jak Ty: ta pani kibicuje mojej zmęczonej żonie! Jakie to wspaniałe. Było to dla mnie nowością, bo sam biegam zazwyczaj w jakiejś grupie i wtedy dopingu nie odczuwa się tak, bo ja wiem, personalnie :) Jeszcze raz: ładny opis i gratulacje przebiegnięcia!

    OdpowiedzUsuń
  9. Moje wielkie gratulacje. Jestem pełna podziwu i mam nadzieje, że za rok i ja się odważę. 3 godziny to wspaniały czas, a i późniejsze też ponieważ każdy kto pokona półmaraton jest dla mnie zwycięzcą. Jeszcze raz gratuluję i podziwiam!

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz! :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.