Jestem na Facebooku

XXVI Bieg Niepodległości - Spełnione Marzenia



Dokładnie dwa lata temu siedząc w Kielcach przed telewizorem, zamarzyłem sobie ukończyć Bieg Niepodległości w Warszawie. Oglądałem w tej telewizji start biało-czerwonego tłumu biegaczy i zazdrościłem moim braciom, że są tam na miejscu i w taki sposób mogą świętować Niepodległość. Po chwili zacząłem dostawać sms-y z ich wynikami, później zdjęcia z medalami… Ech, zazdrościłem bardzo, ale zdawałem sobie sprawę, że w moim przypadku pokonanie 10 km to zdecydowanie Mission Impossible.


Ważyłem 101 kg i nadprogramowe 30 kg nie wróżyło temu projektowi najlepiej. Na dodatek od 25 lat paliłem papierosy, a od chyba 15 lat moją jedyną aktywnością fizyczną był podbieg do uciekającego autobusu. Z ręką na sercu, pierwsze próby biegania kończyły się po 200 metrach….a gdzie jeszcze 9.800?? Cóż, założyłem bloga, ustawiłem cel na 11.11 i zacząłem treningi. Trochę chodziłem, więcej starałem się „biegać”. Po 700-800 metrach wracałem zlany potem i dużym bólem kolan. Po dwóch miesiącach zrzuciłem 5 kg, ale coś strzeliło w nodze. Wizyta u ortopedy, mały ochrzan że za szybko i za dużo, plus zastrzyk w kolano. Podziękowałem za takie atrakcje, skasowałem bloga i uznałem że koniec wygłupów, nie ma co z siebie robić wariata. Kolejną edycję Biegu Niepodległości ponownie obejrzałem na zdjęciach. W czerwcu tego roku postanowiłem spróbować raz jeszcze. Biegać. W ogóle zacząć biegać. Bo szczerze mówiąc o moim marzeniu trochę zapomniałem, traktowałem je zresztą jak te marzenia, które wszyscy mamy i które nigdy się nie spełniają. Nierealne po prostu.   
Dalszą część historii już większość z Was zna. Trochę treningów, trochę pierwszych startów na 5 km, a w międzyczasie nawet zrzuciłem 10 kg. I rzuciłem palenie. Potem więcej startów, więcej przebiegniętych kilometrów i pojawiły się biegi na 10 km. Zupełnie zapomniałem, że przecież kiedyś marzyłem o tym, żeby pokonać 10 km w Biegu Niepodległości. Nadszedł 11 listopada i stanąłem na starcie.
Od początku było nie tak jak trzeba. Do szatni w Arkadii dotarłem z Dorotką, z którą wspólnie startujemy już od dłuższego czasu i chyba tak zostanie :) Przed startem umówiliśmy się z przyjaciółmi na wspólne pamiątkowe zdjęcie. Przebrany wyczekałem się więc przed Arkadią, jednak nikt się nie pojawił. Zdarza się. Udaliśmy się z Dorotką na start, do VI strefy. Z tego miejsca nawet nie było widać bramy startu! Pełni gotowości byliśmy już o 10:45. 

Czujni, zwarci i gotowi do startu
 
Było trochę zimno, zwłaszcza że praktycznie cały czas staliśmy w miejscu. Nie słyszeliśmy nic, ani hymnu ani zapowiedzi spikerów. Nic. O 11:11 zrobił się lekki tumult, po którym poznaliśmy że na trasę ruszyli pierwsi zawodnicy. 11:20 stoimy. 11:30 stoimy. 11:40 powoli ruszamy w stronę startu. Nogi miałem tak „zastane” że ledwo szedłem. Na dodatek poczułem że, hmmm…. teraz to akurat skorzystałbym z toalety. Teraz!! Po godzinie stania w tłumie!! Gdy zbliżam się do linii startu!! Raczej nie mam wyjścia i trzeba biec, tym bardziej, że za nami już nie ma żadnej innej strefy z którą mógłbym ruszyć. No nic, jakoś dam radę.
 
Linię startu przekroczyłem dokładnie o 11:45, czyli po ponad godzinie spędzonej w zimnie, w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem, w chwili gdy na metę wpadał już 5 zawodnik… Powiem Wam, że to kiepskie uczucie. Startujesz do biegu w chwili, gdy już wiadomo kto wygrał. Mało tego, jeszcze nie dobiegłem do 1 kilometra a już do mety mknął balonik na 40 minut. I jak się później okazało, mój brat Marcin, który pobił życiówkę z czasem 39:27. No lipa totalna. Nic to, biegniemy z Dorotką. Pierwszy kilometr fajnie. 1,5 kilometra ujdzie. Przed drugim kilometrem pożegnałem się z Dorotką, która ruszyła do przodu swoim tempem, a ja błagalnym wzrokiem zacząłem wypatrywać TOI TOI-a…. Czuję, że mój pęcherz ma inne plany niż ja i ani w głowie mu dalsze ściganie się. Na drugim kilometrze zaczynam czuć kłucie w boku. No nie, tylko nie to. Kolka. Kolka i pełny pęcherz. Ktoś coś kiedyś mówił o przezwyciężaniu słabości i takie tam pierdoły. No to też chcę być zwycięzcą. Szuram i tak sobie w myślach krzyczę: kto będzie zwycięzcą?! Ja!! Kto kurwa?! Ja!! Wszystko, żeby tylko zapomnieć o tym cholernym pęcherzu. Kolka jeszcze nie jest taka zła. Zastanawiam się, czy ktoś z organizatorów pomyślał o takim jak ja szczęśliwcu, i na trasie postawili kibelki? Słyszałem że na maratonie są, ale na biegu 10 km?? Wzrokiem szukam wszystkiego co ma kolor niebieski, a zaraz potem czy to niebieskie ma biały daszek?? Kurwa, nie ma daszka. Dobra, szybciej pobiegnę, szybciej skończę to szybciej się odleję. Przebieram więc nogami jak mogę najszybciej. A nie mogę za szybko, bo w pęcherzu bulgocze i kolka. Wychodzi na to, że jednak macham nogami na tyle sprawnie, że zaczynam czuć znajomy ból w piszczelach. No nie…. 

 
Wszystkie plagi egipskie na mnie jednego??!! Lać mi się chce, kolka mnie kłuje, teraz piszczele jeszcze. Ale to masakra jakaś jest. 4 kilometr dopiero, a ja nawet iść nie mogę! W sumie to gdy idę, to ból jest największy, nie do wytrzymania. Gdy truchtam trochę maleje, ale nie wiele. Ale trochę maleje. O Jezusie… to trochę stanę, odpocznę, niby że fotkę robię. Ulgi nie ma, dobrej fotki też nie ma bo z bólu przestępuję z nogi na nogę i obraz się rozmazuje.
Piękny był widok biało-czerwonej flagi na wiadukcie!!
Z tego zimna, z tego siku, kolki i piszczeli to jeszcze mnie głowa rozbolała. A tu kurwa jeszcze nawet półmetku nie ma!! Co mnie jeszcze dzisiaj spotka?! Szczerze, łzy mi już poleciały bo przez głowę mi myśl przeszła, że chyba trzeba będzie zejść z trasy. Nie dam rady. Z jednym bólem, ok. Z dwoma nawet. Ale to już za dużo. Ludzie przy trasie są wspaniali, naprawdę. Biją brawo, głośno krzyczą i dopingują, przybijają piątki. Specjalnie turlam się środkiem ulicy, żebym nie musiał tego robić. Zły jestem, wściekły wręcz. I na te wszystkie przypadłości, i na to że to dzisiaj, i na tych ludzi nawet, że są tacy wspaniali, a ja nie mogę się w pełni cieszyć tą atmosferą.

5 kilometr. Widzę wolontariuszy…widzę kubki….widzę wylewającą się z nich wodę.. Nie wytrzymam! Zleję się na środku ulicy jak nic. Mało się cholera wycierpiałem? Nawrót. Coś niebieskiego mignęło. Jeszcze raz. No jest niebieskie, i ma biały daszek! Moja kochana WC Chatka!! Pędzę jakbym miał finiszować właśnie, ludzie tylko lekko zdziwieni, że zawodnik z trasy ucieka. Oooo raaaaany!! Co za ulga! Posiedzę trochę, może piszczele przejdą? Pozbędę się dwóch kłopotów za jednym zamachem. 2 minuty, nie przeszło. 3 minuty, nie przeszło. 4 minuty boli, ale trochę jakby mniej. Dobra, koniec tej posiadówki, w drogę. Muszę nadrobić, bo sporo zawodników mnie wyprzedziło. Piszczele jednak bolą, ale sikać się nie chce! I kolka jakby mniej kłuła. Biegnę, idę, biegnę, idę. Mijam dziewczynę, mijam chłopaka, mijam Powstańca… Grzesiek, kurwa…..facet ma chyba z 80 lat, a ty Go mijasz na 8 kilometrze?? Serio? To się dzieje naprawdę?!

Przypomina mi się kawał, w którym dyrektor wrzeszczy na pracownika, że wszystko robi wolno. I pyta się go czy jest coś, co robi szybko? Pracownik odpowiada: tak, jest, szybko się męczę. Mam tak samo.

Na 9 kilometrze mijam leżącego na środku ulicy zawodnika. Nakryty folią termiczną, przy nim ratownik i dwóch policjantów. Pierwsza myśl….nie jest dobrze. Ale widzę że się rusza, ratownik podpina jakieś urządzenie, już pędzi karetka. Będzie dobrze.

Z daleka widzę metę. Coraz więcej kibiców, coraz głośniejszy doping. Zagryzam zęby, żeby się nie rozpłakać. Z wściekłości. Liczyłem na bieg w granicach 1:10:00, najlepiej gdyby się udało złamać tą cholerną godzinę i 10 minut. Dwa tygodnie temu pobiegłem na 1:11:35. Czy chciałem tak dużo? W zamian dostałem 10 km bólu,cierpienia i poniżenia. I wściekłości z bezradności. Naprawdę, nigdy nie byłem taki zły po biegu. Gdy teraz sobie to przypomnę, to było niesamowite uczucie. Chciałem się schować jak najszybciej. Pierwszy raz nie pozwoliłem założyć sobie medalu na szyję, wziąłem go do ręki i schowałem do kieszeni. Nie chciałem na niego patrzeć. Tak jakby ten kawałek metalu był winien wszystkiego tego, co spotkało mnie na trasie. Walnąłem więc na niego focha i już.  Czas 1:20:47. Moja złość wynikała też z tego, że mimo wszystko czułem się fizycznie dobrze i wiem, że gdyby nie to wszystko co spotkało mnie na trasie, mógłbym powalczyć o lepszy wynik. No i wrażenia miałbym ciekawsze, a tak, to jedyne co zapamiętam z tego biegu to ból. 

Wracam do domu autobusem. Dostaję sms-a. „ 2 lata temu planowałeś tu wystąpić, a siedziałeś w CK przed tivi. Dzisiaj po trudach i znojach, które tylko Ty sam dobrze znasz dobiegłeś, doszedłeś do mety. W taki sposób na to popatrz.”

Jak mogę być zły, skoro przed chwilą spełniłem swoje marzenie. Marzenie, które miało zostać jako to nie realne, nie do spełnienia.
 
Pierwsza choinka tej zimy :) Nie przyniosła szczęścia.
Wspólne starty z Dorotką to już tradycja. Pozdrawiam! :)
Wymarzony. Mój.
XXVI Bieg Niepodległości - Spełnione Marzenia XXVI Bieg Niepodległości - Spełnione Marzenia Reviewed by Grzegorz Dulnik on 11/11/2014 Rating: 5

20 komentarzy:

  1. Masz piękny medal, ukończyłeś bieg mimo dużych przeciwności, no i masz nauczkę - choćbyś miał później wystartować, idź przed startem do toi-toi, przecież i tak liczy się czas netto :-) ech, człowiek uczy się całe życie ;-)
    Bądź z siebie dumny! I nie wkurzaj się już na medal - jest przecież taki ładny :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Co ja tu czytam. Co to za wściekanie się! Spełniłeś marzenie. Są lepsze i gorsze starty. Ten był super bo spełnione marzenie, ruszyłeś się z domu. Celebrowałeś Niepodległość jako biegacz. Ciesz się tym! Sztuka życia, to cieszyć się małym szczęściem. :) Na wyniki przyjdzie pora.

    OdpowiedzUsuń
  3. chłopie wstales ruszasz sie , masz powoli wpływ na swoje zdrowie i samopoczucie i to jest właśnie zwycięstwo!!! 2 lata temu tez miałem brzuch i nadwagę trochę zrzucone jedno i drugie. miesiąc temu zrobiłem maraton poniżej 4:30 gdzie mało kto we m ie wierzył. i chce żebyś wiedział ze ja wierze w ciebie!!!! pzdr Piotr

    OdpowiedzUsuń
  4. Jesteś wielki!! Uwielbiam czytać Twojego bloga :)
    BRAWO Grześ!Jestem z Ciebie bardzo dumna!! :) ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdy patrze na mój "złom" biegowy to największym sentymentem nie darze medali z maratonów które ukończyłem tylko medal z półmaratonu warszawskiego 2014 roku gdy pomimo pięknej pogody znakomitej trasy i super samopoczucia przed startem, w mękach dobiłem do mety wymiotując przy ( nie na:) wszystkich na mecie, padając na trawę w bezruchu aż zainteresował się mną ratownik medyczny pytając czy wszystko ok. - Tak bywa. Uczmy się doceniać własne najmniejsze osiągnięcia a nie kurwa wyolbrzymiać trudności i ewentualne porażki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Naprawdę szczere gratulacje. Najważniejsze, że spełniłeś swoje marzenie! A teraz głowa do góry, bo w przyszłym roku też jest Bieg Niepodległości :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem tak. Nie przejmuj się niepowodzeniami, biegaj dla siebie, nie patrz na czas, nie ścigaj się z innymi (zawsze będzie ktoś lepszy). Generalnie wrzuć na luz i ciesz się ruchem. Wyniki przyjdą same nawet nie będziesz wiedział kiedy. Zapraszam też do siebie na http://przemoratonczyk.blogspot.com/. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba było wc na 5 km jak zakręcaliśmy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, były na 5 km! Właśnie o nich piszę :) Uratowały mi życie :)

      Usuń
  9. Bardzo mocno Panu gratuluję walki z samym sobą oraz naprawdę długim biegiem! Czuję poniekąd dumę z pana! Jakże mi dobrze, że komuś się udało :) Nie pozostaje mi nic jak tylko cieszyć się tym,że ukończył Pan ten bieg :)

    Oby więcej takich biegów i najlepszych finiszów :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Panu?? Ałłłaaaa, to zabolało :) Ale dziękuję za dobre słowo :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Grzesiek spełniłes swoje marzenie to jest najważniejsze! :)
    Sama byłam na siebie zła z mojej niemocy, więc wiem, co przeżywałeś mniej więcej, ale cieszmy się z tego, że ukończylismy i dostaliśmy ten piekny medal, który okazuje trud, ból, cierpienie, które spotkało nas na trasie. Głowa do góry! Następnym razem będzie dużo lepiej, pomkniesz do przodu! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Serdeczne gratulacje! Osiągnąłeś swój cel, zdobyłeś TO o czym marzyłeś! Właśnie tacy biegacze jak TY są najbardziej inspirujący! Powodzenia w kolejnych startach :)

    P.S. Zapraszam na mojego bloga - sebabiega.blogspot.com. Myślę że mamy sporo wspólnego :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz! :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.