Jestem na Facebooku

Zabiegany weekend

Za mną pierwszy taki weekend, w którym trafiły mi się 4 imprezy biegowe. W sobotę pędziłem od jednej do drugiej i w sumie skończyło się na trzech, a w niedzielę co prawda tylko jeden bieg, ale za to na 10 km. Wrażeń mnóstwo i jest o czym pisać, więc zaczynamy:

Bieg "Odważ się  być zdrowym na Narodowym" 

Piknik rodzinny mający na celu popularyzację aktywności fizycznej. Do przebiegnięcia 3 okrążenia wokół Stadionu Narodowego czyli dystans nieduży, zaledwie 3 km. Mój cel na tym biegu był jeden, przebiec dystans 3 km bez zatrzymywania się. Udało się to zrealizować i z tego się cieszę. W moim przypadku to wciąż nie jest takie oczywiste i codzienne. Szkoda, że było tak cholernie zimno bo sama impreza jest w sam raz na rodzinne bieganie. I takich osób było najwięcej, biegli rodzice czasem z zaledwie kilkuletnimi dziećmi. Niestety, jak mawia klasyk "komuś się pomyliła odwaga z odważnikiem". 

 Znalazło się kilku, którzy zapragnęli się ścigać o plastikowe puchary za pierwsze 3 miejsca. Wyglądało to żałośnie, gdy bardzo przejęta swoją rolą dziewczyna wydzierała się na malutkie dzieci "lewa wolna!!". Takie darcie się do 5-7 latka który pewnie pierwszy raz bierze udział w jakimkolwiek masowym bieganiu, spowodowało rzecz najbardziej oczywistą do przewidzenia, mianowicie wystraszony dzieciak skręcił wprost pod nadbiegającego Mo Faraha w spódnicy. Organizatorzy następnym razem powinni wykluczyć takie sytuacje rezygnując z wręczania jakichkolwiek pucharów, choćby z plastiku bo jak pokazuje doświadczenie, i na takie trofea znajdą się amatorzy. Nawet ścigając się z dziećmi, w biegu bez pomiaru czasu. Dookoła trzepaka.

Ściganie się z przedszkolakami jest cokolwiek żałosne

Poznajecie tą panią? :) Kolejny start z Dorotką



CF Trening Flying Colors
   
Na kolejną imprezę nie miałem daleko. Wystarczyło przejść przez ulicę do Parku Skaryszewskiego. Tam z kolei pretekstem do biegowej zabawy był trening do zapowiadanego na maj 2015 biegu na 5km "Flying Colors". Jest to świetna idea biegania połączonego z obsypywaniem się super kolorowym proszkiem. Mała rzecz a cieszy :) To było już drugie spotkanie z kolorami, a będzie jeszcze jedno - zimowe.  Na miejscu wreszcie miałem okazję poznać Królową planka czyli Magdę z FlyingShoes. Niesamowicie sympatyczna dziewczyna. Na tyle, że bez słowa sprzeciwu dałem się porwać w wir przeróżnych wygibasów, planków również! Poznałem też kolejną Magdę, z bloga Wiem co jem, która bardzo profesjonalnie poprowadziła  najpierw rozgrzewkę, a na końcu rozciąganie. Na spotkaniu pojawiła się również osoba, którą z pewnością kojarzycie z wielu imprez biegowych. Jedni pamietają ją jako Pannę Młodą, Syrenkę, Panią Wiosnę lub Panią Jesień. Mowa oczywiście o kobiecie o tysiącu wcieleń, czyli Oli z P - jak? Przebieraniec. Na takim spotkaniu po prostu musiało być wesoło. I było! Najpierw zabawa kolorwym proszkiem a potem bieg przez 5 km. Towarzysko, bez napinki. Śmiejąc się i rozmawiając, bawiąc się z Hugo. 5 km minęło szybko i niezwykle sympatycznie. Będę chciał się pojawić na kolejnym spotkaniu, a i termin na majowy Flying Colors już mam zarezerwowany. 

P.s. Kolorowy proszek jest całkowicie bezpieczny dla zdrowia i bardzo łatwo się spiera, co sam przed chwilą testowałem.

Kolorowy zawrót głowy

Dwie Magdy wystarczą żeby plankować aż miło :)

Ola czyli kobieta o wielu twarzach

Odlotowa atmosfera


Taka kolorowa grupa zdziwiła niejednego spacerowicza


Wyginam śmiało ciało, dla nas to, MAŁO!
Nasz ulubieniec, Hugo ze swoją panią Martą :)


II Noc STO-nogi

Z Parku Skaryszewskiego szybko pojechałem do domu przebrać się, zabrać suche ciuchy i w kolejną podróż. Tym razem do Podkowy Leśnej gdzie odbywała się druga edycja Nocy STO-nogi. Jest to kameralna impreza biegowa o ciekawej i raczej niespotykanej formule. Bieg polega na pokonywaniu 1,5 kilometrowej pętli przez 3 godziny. Trasa biegu usytuowana jest na terenie Muzeum im Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku i jest trasą przełajową. Start zawodów nastąpił o godzinie 16:00 co sprawiło, że najlepsi zawodnicy kończyli bieg w całkowitych ciemnościach ok. godz. 19:00 przy świetle z czołówek. Wygrywał ten zawodnik, który pokona jak największą ilość okrążeń podczas tych 3-godzinnego zawodów. Nic nie stało na przeszkodzie przerwać bieg na chwilę, usiąść przy ognisku i upiec kiełbaskę a następnie wzmocniony posiłkiem udać się rywalizować na kolejnych kółkach. Przyznacie chyba sami, że pomysł jest świetny i aż dziw bierze, że tak mało jest imprez w takiej formule współzawodnictwa! :) 
Ponieważ już miałem za sobą dwie imprezy i w sumie 8 km w nogach a w perspektywie niedzielne 10 km, podczas II Nocy STO-nogi jedynie towarzysko pokonałem dwa okrążenia, czyli 3 km. Razem ze mną startował również mój brat Marcin oraz znajomi: Kicław i Ewa. A potem już gorąca grochówka, kiełbaska z ogniska, ciasto oraz izotoniki :)
Myli się jednak ten kto myśli, że taka lajtowa formuła zawodów nie wyzwala w uczestnikach emocji i walki na serio. Zwycięzca imprezy pokonał w ciągu 3 godzin biegu dystans 39 km 600 metrów! Najlepsza z kobiet uzyskała wynik 24 km 750 metrów. 
Świetna impreza, super towarzystwo. Uwielbiam klimat takich biegów i  oby było ich jak najwięcej.
Szkoda tylko, że Ewa nie wzięła ze sobą gitary... :) 

Mój brat Marcin rejestruje się do biegu II Noc STO-nogi

Przed startem. Od lewej: Kicław, Ewa, Ja, Marcin

Takie bieganie to ja rozumiem! :)


VII Praska Dycha

W niedzielę czekał mnie start na 10 km podczas VII Praskiej Dychy. Szczerze mówiąc, od rana się zastanawiałem czy dobrze zrobiłem biorąc udział dzień wcześniej w tylu biegowych imprezach. Niby ogólny dystans z soboty (11km) to nie jest nie wiadomo co, ale jak na mnie to naprawdę sporo. I to nawet gdy jest rozbity na cały dzień. Miałem w pamięci Skaryszewską 9 gdzie startowałem po sobotnim Biegu Wisły na 10 km i to było dla mnie naprawdę ciężkie doświadczenie. Bolało wtedy mocno i ledwo się dotoczyłem do mety. Dziś rano w duchu wyrzucałem sobie, że nic się nie uczę na błędach...
Ostatnie moje wyniki nie nastrajały mnie pozytywnie i na pytania o dzisiejszy cel trochę robiłem dobrą minę do złej gry. W myślach prosiłem sam siebie, żeby było lepiej niż na Kieleckiej Dyszce gdzie nabiegałem 01:21:39. A gdyby tak dobrze poszło i udało się zakręcić koło 01:15:00.....  Byłoby świetnie. Po moich ostatnich doświadczeniach z bólem piszczeli zacząłem wolno. Cieszyłem się, że w sobotę nie miałem z nimi żadnych problemu i miałem nadzieję że dziś będzie podobnie. I tak też było! Powiem Wam, że taki komfort gdy nic nie boli i nie przeszkadza w bieganiu nie zdarza mi się zbyt często. Dziś pod tym względem było świetnie. 
Trasa Praskiej Dychy w Parku Skaryszewskim to 4 pętle po 2,5 km, w całości po parkowych alejkach. Oczywiście zdecydowana większosć zawodników od razu ruszyła mocno do przodu, w tym znajomi z Rembertów Team. Ja upatrzyłem sobie zawodników, z którymi będę walczył o czas i miejsce na mecie. Nie powiem że cały bieg był lekki i przyjemny, bo nie był. Wkurzającym momentem i bardzo odbierającym ochotę do dalszej rywalizacji była chwila, gdy zawodnicy gnali już prosto do mety a ja jeszcze musiałem skręcić na swoją ostatnią pętlę... Nigdy nie polubię zawodów gdzie dystans składa się z kilku okrążeń. No way! Standardowo naszły mnie wtedy myśli: co ja tu robię? po co mi to? mam to w dupie, to ostatni raz, itd..  itp... Tak się wkurzałem aż do 8,5 kilometra przed metą. Wtedy odezwał się głos, który zmienił moje nastawienie i sprawił, że z każdym krokiem gęba mi się cieszyła coraz bardziej. Głos był kobiecy i pochodził z Endomondo :) Endo z każdym kolejnym kilometrem naliczało mi dystans trochę szybciej niż to rzeczywiście było na trasie. Gdy usłyszałem w słuchawkach, że jest już 9 km i jaki jest  czas, zdałem sobie sprawę, że jest szansa poprawić swoją życiówkę! Musiałem tylko dobiec jak najszybciej do faktycznego 9 km na trasie i dokonać szybkich obliczeń. Za chwilę okazało się, że naprawdę biegnę na życiówkę, i mogę ją poprawić więcej niż o 5-10 sekund. Z moich obliczeń wynikało, że jest szansa poprawić się o minutę! O całą 1 minutę!!
Pierwszy raz doświadczyłem tego, o czym wielu z biegaczy pisało w swoich relacjach. Kop motywacyjny, który sprawia że mimo wyczerpania znajdujesz zupełnie nowe siły. Przed chwilą kląłem na czym świat stoi ledwo  powłucząc nogami, a teraz z uśmiechem pomykałem do mety! Wariactwo. Z daleka wyglądałem wyświetlacza na mecie. Przez ostatnie 200 metrów biegłem wpatrując się w zmieniające się cyferki. Jeszcze trochę! Będzie życiówka to na pewno, ale ile? Dam radę urwać minutę?! Wpadając na metę kątem oka ujrzałem czas 01:11:53. Mój dotychczasowy rekord to 01:12:53. Dokładnie o minutę! Z radości zacząłem się śmiać, aż dzieciak wręczający mi medal dziwnie na mnie spoglądał :) W tych emocjach zupełnie nie zdałem sobie sprawy, że przecież zegar pokazywał  czas brutto! A więc netto powinien być jeszcze lepszy. 
Tuż za metą znajome twarze. Dzielimy się wrażeniami, wynikami. Danuta poprawiła życiówkę o ponad 3 minuty! Szaleństwo. Praktycznie każdy nabiegał świetny wynik, nie zauważyłem zawiedzionych i smutnych min. Zasłużyliśmy na makaron i kiełbaskę z grilla :) 

Końcowy rezultat na biegu VII Praska Dycha: 01:11:35. Rekord życiowy poprawiony o 1:18 sek. To był naprawdę udany, choć zabiegany weekend!


Nikomu nie można ufać :)

Rozgrzewka Rembertów Team


Start VII Praskiej Dychy

Biegnę po mój rekord na 10 km: 01:11:35

Jest rekord - jest radość.







Zabiegany weekend Zabiegany weekend Reviewed by Grzegorz Dulnik on 10/26/2014 Rating: 5

2 komentarze:

  1. Grzegorz! Ty Hardkorze! Świetnie poradziłeś sobie w ten weekend. Dużo startów, ale każdy inny, w innym klimacie, w innym charakterze. Motywacja 10/10 i to mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No szapo ba czy jak to się tam mówi ;) Jestem pod wrażeniem!!! Hardkor to mało powiedziane :) Gratulacje!!!!!!! :) :) :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz! :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.