Jestem na Facebooku

Koń by się uśmiał czyli moje popisy na Wielkiej Ursynowskiej



Gdy zobaczyłem informację o zapisach na bieg po Torze Wyścigów Konnych nie wahałem się ani chwili. Nie często się zdarza możliwość biegania w takich okolicznościach. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że bieg będzie z pewnością cięższy niż truchtanie po parkowych alejkach, to cieszyłem się z okazji pobiegania tam, gdzie zazwyczaj robią to konie. Wpisowe na III Wielką Ursynowską to tylko 20 zł, z czego połowa tej kwoty zasila konto Fundacji Pegasus i jest przeznaczona na leczenie koni. Charytatywny akcent jest ważny i lubię takie inicjatywy, zwłaszcza gdy impreza jest częścią Pikniku Rodzinnego i przy okazji można edukować dzieci.  Nie miałem czasu odebrać pakietu wcześniej i musiałem odebrać go dopiero dziś przed zawodami. Tutaj ukłon w stronę organizatorów, biuro zawodów otwarte było jeszcze 30 minut przed startem biegu. Poszło szybko, miło i sprawnie. Sam pakiet nie powalił, agrafki, numer startowy, chip, certyfikat uczestnictwa i dwie ulotki. Za taką kwotę trudno było się spodziewać fajerwerków, więc nie ma co marudzić. Przebrałem się, w depozycie też bez kolejek więc szybko można było się udać na miejsce startu. Po drodze spotkałem coś, czego szczerze mówiąc się nie spodziewałem. Miasteczko złożone z namiotów gdzie agitowały… partie polityczne. Ja rozumiem, że bieg był tylko częścią większej imprezy, ale nawet Piknik Rodzinny nie jest chyba miejscem na  tego typu akcje polityczne? Namioty PO, PiS-u, Twojego Ruchu pasowały tam jak świni siodło…

Miasteczko partii politycznych podczas biegu?? Chybiony pomysł...

No trudno, idziemy dalej. Zaczęło lekko kropić, a chmury na horyzoncie nie zwiastowały najlepiej. Na miejsce zawodów dotarłem 25 minut przed startem, załapałem się jeszcze na rozgrzewkę. I tutaj chwilę się zatrzymam. Rozgrzewkę prowadził jeden ze współorganizatorów, Jerzy Górski - Mistrz Świata w podwójnym triathlonie z roku 1990. Podobało mi się. Bardzo. Brałem udział w rozgrzewce przed Biegiem Morskie Oko i tam po rozgrzewce byłem już mocno zmachany… Tutaj nie było tak intensywnie, mimo to czułem, że kilka kości mi chrupnęło podczas rozgrzewki, a i rozciągnięty też się czułem. Czyli nie trzeba się od razu zagotować już przed startem. Przestało kapać z nieba i wyjrzało słońce. Ustawiając się na starcie zobaczyłem zawodnika… bez butów. Ciekawy pomysł, bieg boso po trawie. 

Niektórzy naprawdę nieźle się bawili :)

Do biegu zawsze się ustawiam trochę z tyłu stawki, ale tutaj start do biegu usytuowany był na całej szerokości toru, więc miałem okazję ruszyć z drugiego rzędu. Nie powiem żeby to był dobry pomysł… Zaraz po starcie zaczęło mnie wyprzedzać sporo osób i mimo, że starałem się trzymać swoje tempo to jednak ruszyłem do przodu zdecydowanie zbyt szybko. W efekcie czego, jeszcze nie dojrzałem znacznika na pierwszym kilometrze a już się czułem jakbym miał kończyć. Na dodatek nie sądziłem, że trawa na torze będzie taka wysoka, a kilka minut podczas których pokropił deszcz sprawiło, że w butach pojawiła się wilgoć. Może nie chlupało, ale mokro było. W pewnym momencie usłyszałem tekst zawodnika biegnącego obok: „cholera, wdepnąłem w gówno!!”…. ciepło pomyślałem o zawodniku biegnącym boso i zacząłem z większą uwagą spoglądać pod nogi. Po dwóch kilometrach miałem dość i przeszedłem do marszu. Z miejsca wyprzedziło mnie kilkunastu biegaczy, ale odwracając się do tyłu zobaczyłem jeszcze sporo maszerujących. Nie jestem ostatni, nie jest źle. Po 2,5 km nawrotka. Nie lubię takich rozwiązań. Ja już jestem umordowany jak koń na Wielkiej Pardubickiej, a tu jeszcze trzeba z powrotem się wracać do mety. Wolę biec cały czas do przodu.

...dopiero połowa dystansu....

Na dodatek przy nawrocie dojrzałem jak na mecie już wieszają medale zwycięzcom. Ciężko o bardziej demotywujący obrazek. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, po nawrocie miałem okazję policzyć ilu zawodników jeszcze mnie nie wyprzedziło. Doliczyłem do 24 osób i ujrzałem…. zawodnika na wózku inwalidzkim!! Kurwa, na wózku 5km po trawie!! Tym zawodnikiem okazał się Mariusz Włodarski. Mariusz, szacunek i podziw dla Ciebie!! Wiem, że miejsce tutaj nie ma znaczenia, ale jak się później na mecie okazało, wcale nie był ostatni, wyprzedził dwie osoby i  zebrał w pełni zasłużone brawa od wszystkich na mecie. 

Fot. Sławek Kińczyk

Ja sobie tylko pomyślałem: „Grzesiek, spróbuj jeszcze raz stęknąć, że cię nogi bolą…”. Kolejne 2,5 km minęło na wzajemnym mijaniu się z kilkoma zawodnikami. Gdy przechodzili do marszu, ja podbiegałem i wyprzedzałem. Po kilku metrach sytuacja się odwracała. Na takiej zabawie upłynął nam czas do samej mety. A tam medal, gratulacje od wolontariuszki i butelka wody. Nawet nie wypiłem całej od razu… czyli rezerwy były :) Na mecie spotkałem się z Anią, koleżanką z Rembertów Team, mogliśmy się więc wymienić wrażeniami. Mój czas na mecie 00:35:24, co pozwoliło na zajęcie 379 miejsca na 400 startujących osób. Jednak nie utrzymałem tego dobrego miejsca po nawrocie... Można powiedzieć, że jest systematyczność i powtarzalność bo  w Biegu Morskiego Oka było 35:33, a w Biegu Powstania Warszawskiego 36:00. Podsumowując, impreza udana i z pewnością potrzebna, chociaż na pewno nie dla „ścigaczy” chcących bić życiówki. Jeśli chcecie pobiegać dla zabawy, są to zawody jak najbardziej dla Was. Ja wpisuję Wielką Ursynowską do swojego kalendarza biegowego na 2015 rok. 

Wychodząc ze Służewieckiego Toru Wyścigów Konnych chyba słyszałem rżenie koni.... A może mi się tylko wydawało?? 

3 medal w kolekcji. Dopiero się rozkręcam!! :)


Podkowa na szczęście

Koń by się uśmiał czyli moje popisy na Wielkiej Ursynowskiej Koń by się uśmiał czyli moje popisy na Wielkiej Ursynowskiej Reviewed by Grzegorz Dulnik on 8/31/2014 Rating: 5

2 komentarze:

  1. Brawo Grzegorz! Mam nadzieję, że nie wdepnąłeś w nic śmierdzącego? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przecież i tak bym się nie przyznał :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz! :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.